Make your own free website on Tripod.com
Beata Garnytë

Zapomniany kraj smołwieński

Kiedy przy dowolnej okazji wspomina się Polaków mieszkających na Litwie, ich dorobek i problemy, ma się z reguły na myśli Wilno i rejony wileński, solecznicki i trocki.

Znacznie rzadziej poruszane są tematy nurtujące Polaków kowieńskich, niemal nigdy zaś smołwieńskich.

A właśnie ci ostatni, jak wynika z badań znanego językoznawcy Haliny Turskiej, przeprowadzonych w okresie międzywojennym, stanowili trzeci (obok Wileńszczyzny i Kowieńszczyzny) polski zwarty obszar językowy.

Obszar smołwieński

Kryterium wyróżniającym te trzy obszary spośród innych było to, czy jego mieszkańcy języka polskiego używają "po domu", a więc w rozmowach codziennych, czy też są dwujęzyczni i posługują się zarówno językiem polskim, jak i prostym, czyli białoruskim. To właśnie, zdaniem dr Haliny Karaś stało się przyczyną tego, że odpadł wówczas cały obszar ejszysko - solecznicki, którego mieszkańcy w rozmowach codziennych używali języka prostego.

Z badań Haliny Turskiej wynika, że obszar smołwieński ciągnął się od Widz aż po Jeziorosy (Zarasai), przy czym warto zaznaczyć, że tereny, na których używano języka polskiego w owe czasy, dokładnie się pokrywały z granicami parafii. Polszczyzny używano tu przede wszystkim w trzech dużych parafiach, takich jak Widze, Gajdy i Smołwy. Nazwa tej ostatniej miejscowości, największej i najbardziej znaczącej i dała nazwę całemu obszarowi językowemu.

Jak zaznaczyła H. Turska w swej książce pt. "O powstaniu polskich obszarów językowych na Wileńszczyźnie", język polski w Smołwach w użyciu codziennym był już w 2. połowie XIX wieku. Świadczyć o tym mogą liczne wypowiedzi informatorów, z którymi Halina Turska pracowała w okresie międzywojennym, mówiące o tym, że w języku polskim rozmawiali ich rodzice, a nawet dziadkowie. A i dziś możemy się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na napisy nagrobne na cmentarzach smołwieńszczyzny - w Trykłaciszkach i Stryłungach, Puszkach i Gajdach. Dla przykładu na cmentarzu w Trykłaciszkach można znaleźć takie napisy, jak ?S. T P. Antoni Karło zmarł wieku mający 76 lat 30 marca 1919 roku?, czy też nieco późniejszy napis "S. T P. Szwołka Katarzyna 1883 - 1979 Pamięć kochanej cioci od plemienika i jego rodziny".

Ogólnie rzecz biorąc na wiejskich cmentarzach smołwieńszczyzny w znacznym stopniu przeważają napisy w języku polskim. Dopiero w latach ostatnich coraz więcej się zaczęło pojawiać napisów w języku litewskim. Zastanawiający jest tu też fakt, że coraz częściej też różnojęzyczne napisy zaczynają się pojawiać na pomnikach ludzi o tym samym nazwisku, a więc należących na ogół do tej samej rodziny. Problem ten poruszyli m. in. również mieszkańcy tych terenów. Tak Maria Szuman stwierdziła: "Gdy wychodziłam za mąż, nazwisko męża brzmiało Szuman, dziś natomiast jest on w paszporcie zapisany jako Szumanas, chociaż czuje się i jest Polakiem, po litewsku nawet dobrze rozmawiać nie umie. Spośród naszych dzieci natomiast jedne uważają się za Polaków, inne zaś za Litwinów. Każdy sam wybiera".

Obóz dialektologiczny

W tym roku obszar smołwieński po raz pierwszy od wielu lat stał się terenem badań polskich językoznawców. W lipcu br. został zorganizowany tu obóz dialektologiczny z udziałem studentów 2 roku Polonistyki Uniwersytetu Wileńskiego oraz pracowników naukowych - dr Haliny Karaś (Uniwersytet Warszawski) i dr Krystyny Rutkowskiej (Uniwersytet Wileński). Jak i w latach poprzednich celem tego obozu było zapoznanie studentów z gwarami polskimi na Litwie, występującymi przede wszystkim na zwartych obszarach językowych.

Zorganizowanie tego obozu tak daleko od Wilna nie było rzeczą łatwą. Jak nam powiedziała dr Halina Karaś, nie byłoby to wręcz możliwe, gdyby nie wsparcie finansowe, którego udzielił przewodniczący Polskiego Komitetu do Spraw UNESCO Wojciech Fałkowski. Znacznie skromniejszą sumę na ten cel wydzielił tym razem Uniwersytet Wileński, przeżywający dziś kryzys finansowy. Tym jedynie można wytłumaczyć fakt, że dziennie na jednego studenta Uniwersytet Wileński przeznaczył 1, 20 Lt. A tymczasem w ciągu jednego dnia wynajęty przez organizatorów obozu mikroautobus przebywał około 60 - 80 kilometrów, gdyż badany teren odznacza się tym, że wsie tu są położone bardzo daleko jedne od drugich, jak też słabo zaludnione. W sumie zaś w ciągu 2 tygodni studenci i wykładowcy dotarli do około 50 wsi, zaczynając od Mejkszt, Zygmunciszek, Tryczun, kończąc zaś na Smołwach, Turmontach, Tylży oraz wioseczkach wokół nich. W ten sposób został zebrany pokaźny materiał językowy, który z pewnością wkrótce zostanie wykorzystany podczas pisania prac rocznych, magisterskich, jak też rozpraw naukowych, będących cennym źródłem wiedzy o tym terenie i ludziach tam mieszkających.

Skromny udział w tym jest również Związku Polaków na Litwie, który zaincjował potrzebę tych badań.

Kraina serdecznych ludzi

W ciągu całego trwania obozu dialektologicznego studenci i wykładowcy mieszkali w szkole podstawowej w Mejksztach, której podwoje otworzyła przed nimi jej dyrektor Teresa Drabunienë. Ogromną pomoc organizacyjną okazała tu też Wincenta Kaziniec, wieloletnia nauczycielka klas początkowych w tej szkole, która na swe barki wzięła zaopatrzenie uczestników obozu we wszystkie niezbędne rzeczy, zaczynając od materaców i łóżek, a kończąc na lodówce i kuchence. Pani Wincenta okazała też nieocenioną pomoc przy ustalaniu tego, co i kiedy ma być zbadane, jak też przy poznawaniu historii tego terenu i ludzi tu mieszkających. Tak to podsumowała dr Halina Karaś: "Naprawdę, wiele serca i życzliwości tutaj się zauważa. Wszędzie bowiem jesteśmy spotykani bardzo gościnnie, jeszcze milej i sympatyczniej, niż na Wileńszczyźnie. Być może wynika to z tego, że tutaj wsie są bardzo rozrzucone, a i mieszkają tu przeważnie ludzie starsi, którzy często są spragnieni rozmowy z kimś, kto przyjeżdża z zewnątrz". Mówiąc zaś o spotkanych informatorach pani Halina stwierdziła, że ludzie tu bardzo chętnie rozmawiają, dzielą się swymi wspomnieniami, a nawet często zapraszają na ponowny przyjazd, czy wręcz na nocleg. Zdarzają się też wypadki, gdy rozmówcy nie tylko opowiadają o dawnych zwyczajach, czy pracach, lecz nawet starają się zaprezentować wszystkie posiadane przez siebie narzędzia rolnicze. Wynika to być może z tego, że ludzie ci mówią o sprawach im bliskich, w które są oni zaangażowani od dzieciństwa.

Wymierające wsie

Smołwieńszczyzna uczestników obozu dialektologicznego przyjęła niezwykle serdecznie. Ludziom o otwartych sercach swym pięknem nie ustępowała też natura, która bez trudu wszystkich rozkochała w sobie. Nigdzie indziej bowiem nie ma tylu jezior i tylu bocianów, co tam. Niemal w każdej wsi na smołwieńszczyźnie można ujrzeć po kilka rodzin tych wspaniałych ptaków. Jednocześnie zaś ani na chwilę nie znikała świadomość, że mieszkańcy tego pięknego terenu mieszkając w pobliżu Elektrowni Atomowej siedzą tak w zasadzie na beczce z prochem. Zważywszy ten fakt, nie dziwią wcale domy, które stoją puste i wsie, które znikają wraz z ostatnimi swymi mieszkańcami. Proces ten rozpoczął się tuż po wojnie, kiedy to prawie połowa mieszkańców smołwieńszczyzny opuściła swe domy i wyjechała do Polski, bądź też została wywieziona na Sybir. Z Rosji wracali nieliczni, a i to wybierali nie swe rodzinne strony (nie mieli tam po co wracać, gdyż ich domy zostały zajęte przez innych lub rozebrane, ziemia zaś włączona do kołchozu), lecz Polskę.

Ci, co zostali, decyzję tę tłumaczyli przywiązaniem rodziców do ziemi. Tak np. Wanda Szwołka z Trykłaciszek stwierdziła, że decyzję o pozostaniu w stronach rodzinnych podjął ojciec. "Niech sobie jadą inni, my i tu żyć będziemy? - mówił, no i żyliśmy, a tymczasem wielu naszych krewnych i znajomych rozjechało się po różnych miastach Litwy i Polski, nasza rodzinna wieś zaś bardzo się skurczyła" - mówiła pani Wanda.

Podobna sytuacja była też w Stryłungach. Również tę wieś po wojnie opuściła przeszło połowa jej mieszkańców. Jak wspominała Mieczysława Linak, "dawniej we wsi stał domek przy domku, panował wesoły gwar, dużo było młodzieży, dziś natomiast we wsi z 40 domów zostało jedynie 16, a i w tych mieszka po 1, 2, 3 osoby".

Na miejsce tych, którzy wyjechali, nie kwapili się nigdy przyjeżdżać ludzie z innych stron, teren ten wówczas nie dawał większych możliwości rozwoju. Każdy mógł co prawda znaleźć tu pracę w kołchozie. Czasy te ludzie starsi wspominają z ogromnym żalem, doskonale bowiem pamiętają, jak spędzano niegdyś wszystkich do kołchozu. "Przystąpienie do kołchozu musiało być dobrowolnym - wspomina Maria Szumanowa ze Smołw, - tak więc każdy musiał napisać podanie. Nie wszyscy od razu ulegali presji władz, byli też tacy, którzy walczyli o swój kawałek ziemi i go obrabiali, zasiewali. Przyjeżdżały jednak tuż po tym kołchozowe traktory, przeorywały ziemię i sadziły lub zasiewały co innego. W ten sposób ludzie byli stawiani w sytuacji bez wyjścia i musieli jednak wstąpić do kołchozu".

Pierwsze lata istnienia kołchozów, jak wspominają mieszkańcy smołwieńszczyzny, były bardzo trudne. Trzeba było wszystko budować od nowa, dlatego też we wsiach często panował niedostatek. Z czasem wybudowano jednak potężne budynki gospodarcze - fermy, stodoły, warsztaty itd., gdzie wszyscy bez trudu otrzymywali pracę.

Gdy po odzyskaniu przez Litwę niepodległości zaczęto te kołchozy rozwalać, okoliczne wsie opustoszały jeszcze bardziej, zniknęła bowiem jedyna możliwość znalezienia tu pracy, a wraz z nią zniknęła i młodzież. Właśnie o to mieszkańcy Smołw mają ogromny żal do państwa, tym bardziej, że w zasadzie to, co niegdyś należało do kołchozów, jak mówią (może z wyjątkiem ziemi) "zostało puszczone z wiatrem". O kołchozach przypominają dziś jedynie ziejące pustkami i niszczejące na oczach ogromne fermy, stodoły, pracownie. Mimowolnie nasuwa się tu na myśl pewna analogia z wydarzeniami sprzed 50 lat. Wtedy to w myśl panującej ideologii w podobny sposób do całkowitej ruiny doprowadzono wiele pięknych pałaców i dworków. Dziś spoglądając na te nędzne resztki, co zostały, możemy się jedynie domyślać ich dawnej świetności. O kołchozach natomiast pamięć taka nie przetrwa, gdyż nikt nie będzie chciał pamiętać o swej krótkowzroczności. Jak mówią mieszkańcy tych terenów, zabrakło rozsądnego gospodarza, który by po dekolektywizacji rozpoczął na tych terenach jakąś działalność...

Wracając jednak do coraz bardziej kurczących się wsi, nie można nie wspomnieć roli Elektrowni Atomowej i nowego miasta Visaginas. Niemal każdy z rozmówców mówił, że właśnie tam (albo też na Łotwę czy Białoruś) wyjechały ich dzieci w poszukiwaniu pracy. Młodych ludzi w tych okolicach, którzy zostali bez pracy, można policzyć na palcach.

Matka - ziemia

Jak powiedzieli nam rozmówcy, dawni mieszkańcy smołwieńszczyzny nie napotykają w zasadzie na większe trudności z odzyskaniem ziemi. Co prawda związane z tym procesem formalności nie są jeszcze do końca rozwiązane, ziemię jednak otrzyma tu każdy.

Na smołwieńszczyźnie występuje natomiast inny problem - mieszka tu wiele ludzi starszych i jednocześnie samotnych, którzy nie chcą brać ziemi, gdyż wiedzą, że nie będą mieli sił do jej uprawiania. Ludzie ci mają co prawda dzieci, które proponują im się przenosić się do nich do miasta, przynajmniej na zimę. Nie zawsze korzystają z tej możliwości, gdyż boją się, że nie potrafią żyć w "ludzkim mrowisku". A ponadto nie chcą opuszczać swego domu, gospodarki. Tak jak pani Mieczysława Linak ze Stryłung woleliby, by to ktoś w starszym wieku przyjechał i zamieszkał z nimi - byłoby raźniej we dwójkę.

Ludzie w starszym wieku panicznie wręcz boją się zimy, gdyż oznacza ona uwięzienie w domu. Szczególnie samotni czują się tu mieszkańcy chutorów, gdyż od ludzi dzieli ich odległość nie do przebycia. Zimą jedynym łącznikiem ze światem jest "autoławka", czyli sklep na kółkach, w którym mogą kupić wszystkie niezbędne produkty. Ma to dla nich ogromne znaczenie, gdyż częstokroć do najbliższego sklepu mają 7-8 km.

Niekiedy podobna, a nawet dłuższa odległość dzieli parafian od najbliższego kościoła. I tu najbardziej poszkodowani czują się ci, którzy niegdyś należeli do parafii widzkiej. Dziś dzieli ich od niej granica, mieszkańcy okolicznych wiosek nadal się jednak uważają za jej parafian i z dumą opowiadają o pięknie kościoła w Widzach. W niedzielę zaś wierni mogą udać się tam na polską Mszę św., gdyż do Stryłung przyjeżdża straż graniczna i przepuszcza (po okazaniu przepustki) na stronę białoruską.

W innych miejscowościach smołwieńszczyzny nabożeństwa w języku polskim odbywają się m. in. w kościołach w Turmontach (co drugą niedzielę), Tylży i Puszkach, Rymszanach i (co najbardziej dziwi) w Smołwach - wyłącznie po litewsku.

Poza tym zaś mieszkańców tych wsi nurtują takie same problemy, jak i wszystkich pozostałych rolników Litwy - zbyt niskie ceny żywca i mleka. Pani Halina Macicka z Baniunów mówi, że ten, kto chce się utrzymywać z mleka, powinien nie tylko wstawać o 2-3 nad ranem, lecz również pilnować, by mleko nie przemarzło, by było tłuste itd., państwo zaś za litr płaci 40-47 ct. Rolnik na te grosze musi czekać miesiącami. "Lepiej świniom to mleko oddać, bo nikomu nie opłaca się tak harować" -mówiła p. Macicka.

Wszyscy ci ludzie, z którymi zetknęli się w ciągu tych dwóch tygodni uczestnicy obozu, stanowili prawdziwy skarbiec wiedzy o dawnych zwyczajach i wykonywanych pracach, takich jak np. sianie i obróbka lnu, czy też pieczenie chleba. Niemal w każdym domu można tu znaleźć piec do pieczenia chleba, gospodynie z nostalgią wspominały zaś smak i zapach domowego chleba. "Własnoręcznie pieczony chleb smaczny był. Gdy któraś z gospodyń go piekła, pachniała cała wieś. Dziś natomiast przechodząc tuż przy samej piekarni nie ma takiego zapachu" - wspominała pani Leonia Tumalowa z Tryczun.

(Ciąg dalszy w następnym numerze.)

Na zdjęciach: uczestnicy obozu dialektologicznego; opuszczony dom (jest ich na smołwieńszczyźnie coraz więcej) Maria Szuman, mieszkanka Smołw.

NG 30 (466)