Prof. Andrzej Targowski

Obserwacje z USA
Liczyć czy nie liczyć?

Oto pytanie, które dręczyło Amerykanów, w tym Sąd Najwyższy Państwa i Stanu Floryda. Po pięciu tygodniach skomplikowanych zabiegów sądowych prawnicy wybrali nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jeden z sędziów Sądu Najwyższego napisał w swej ekspertyzie: "Nie wiemy kto wygrał, ale wiemy kto przegrał, są nimi prawnicy, którym powierzono pieczę nad wyrokami sprawiedliwości." Dodam od siebie, że przegrały także media, które wprowadziły wiele zamieszania w dniu wyborów swymi przedwczesnymi wyrokami, kto i gdzie ''wygrał." Potem nie tylko sądy decydowały o wyborach, ale i media, które współtworzyły klimat albo korzystny, albo negatywny dla kandydatów mimo pozorów obiektywności. Tylko naiwna osoba może przypuszczać, że sądy nie kierowały się opinią mediów, które rzekomo odzwierciedlały opinię publiczną.

Opinie sędziów Sądu Najwyższego złożone na piśmie są tak od siebie różne, że trudno mieć zaufanie do słuszności ostatecznej decyzji. Decyzja finalna została napisana w skomplikowanym języku prawniczym, tak, że przez cały dzień różni eksperci i wytrawni dziennikarze próbowali ją zrozumieć na oczach telewizyjnej publiczności. Decyzja wygląda na salomonową, zostawiła bowiem szansę na przeliczenie głosów pod pewnym warunkiem, ale równocześnie uznała, że brak czasu na to nie pozwala. Moim zdaniem jest to raczej decyzja machiawelska, w zamaskowany sposób wybrała bowiem zwycięzcę z partii, z której wywodzący się prezydenci swego czasu wybrali większość sędziów Sądu Najwyższego. Okazuje się, że w końcowym efekcie wygrała nie sprawiedliwość, lecz polityka.

Kandydat, który uzyskał największą liczbę głosów w państwie, przegrał, nie uzyskał bowiem największej liczby głosów elektorskich. Jest to pośredni system wybierania prezydenta. Polega na tym, że każdy z 50 stanów ma określoną liczbę głosów elektorskich. System pochodzi z czasów, kiedy nie było wykształconych wyborców i w ten pośredni sposób chciano zapobiec wyborowi polityka, który nie nadawał się na stanowisko prezydenta. W tym systemie np. Stan Tymiński nie miałby szans na wybranie. Z biegiem czasu system elektorski przekształcił się w system zabezpieczenia interesów mało zaludnionych stanów, o których głosy elektorskie muszą zapobiegać kandydaci, oferując korzystną dla tych stanów politykę. Inaczej nikt z kandydatów na najwyższy urząd by się do nich nie pofatygował. Nie jest to rozwiązanie bez sensu, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Kandydat, którego nie wybrali prawnicy, uważał, że nawet w Stanie Floryda otrzymał największą liczbę głosów. Rzekoma różnica 500+ głosów jest tak mała, że według prawa Stanu Floryda wymaga powtórnego przeliczenia. Tylko w jaki sposób? Wiadomo, że 50-letnie maszynki do liczenia kart przedziurkowanych przez samych wyborców liczą z błędami, przepuszczają bowiem karty słabo przedziurkowane, co jest raczej powszechne w stanie zamieszkałym przez miliony emerytów, słabo widzących i naciskających szpikulec. Co gorzej, wiadomo, że nawet karty dobrze przedziurkowane są również przepuszczane przez maszyny. Prawo Florydy mówi, że przy ocenie głosu na karcie musi być brana pod uwagę intencja wyborcy, czyli, że wklęśnięcie, a nie pełną dziurkę należy uznać za ważny głos. Tu zaczęła się dyskusja, jak duże ma być wklęśnięcie, aby głos uznać za ważny? Oponenci, chcąc zdyskredytować tę regułę, posługiwali się nawet analizą w rodzaju, "w którym miesiącu ciąży ma być wklęśnięcie?"

Sąd Najwyższy zarówno państwa jak i Florydy nie wykluczał przeliczenia głosów, ale pod warunkiem określenia sztywnej i jednakowej normy na ową "dziurkę" dla wszystkich powiatów Florydy. Sąd Najwyższy Florydy polecił przeliczenie głosów pod warunkiem, że Kongres Stanowy określi jednakową normę. Jednak Kongres ten opanowany przez jedną partię bał się wyznaczyć taką normę, albowiem w wyniku ponownego przeliczenia wybory wygrałby ten oponent, który zebrał najwięcej głosów w całym państwie. Kiedy powiaty na własną rękę zaczęły w sobotę przeliczać głosy, oponent bojący się jak ognia liczenia głosów "namówił" Sąd Najwyższy USA na zatrzymanie liczenia. Głosami 5:4 Sąd ten zatrzymał liczenie, w następną zaś środę ogłosił, że wprawdzie, przy zatwierdzonym standarcie, można wznowić liczenie, ale nie ma już na to czasu.

Co gorsze, w jednym z powiatów wprowadzono tzw. motylkową kartę, gdzie na drugim miejscu była dziurka dla kandydata z końca listy. Starsi wyborcy jakby na pamięć wybierali drugą dziurkę, przeznaczoną dla kandydata według alfabetu z jednej z dwóch największych partii. W ten sposób kandydat, który w wyniku przegrał, stracił 19 tys. głosów, co nie było w "intencji" wyborców. Zawinił tu zły projekt informatyczny, wykonany przez zwolennika poszkodowanego kandydata. Ten informatyczny błąd w jakiś sposób zaważył na losach Ameryki i świata w następnych czterech latach.

W rezultacie moralny zwycięzca przegrał. Zupełnie zapomniałem wspomnieć o tym, kto wygrał. Otóż wygrał George W. Bush, któremu nikt tak naprawdę nie ma tego za złe. Wygrała też demokracja, do miast bowiem nie weszły czołgi ani nie padłażadna inwektywa, w prasie czy na ulicy.

NG 52 (488)